Tajemnica „Słowa”

Tajemnica „Słowa”

Najtrudniej jest poznać samego siebie i o sobie opowiedzieć. Do szerszej refleksji od dłuższego czasu usilnie namawiało mnie kilkoro przyjaciół, chociaż w tym, co napisałem do tej pory można już wiele znaleźć. Dziś jestem na tyle dojrzałem człowiekiem, któremu zdecydowanie bliżej niż dalej do ostateczności, że mam pewność, iż ten kto nie słucha Boga, nie potrafi powiedzieć nic prawdziwego o sobie. Potwierdzają to również bohaterowie moich opowiadań. Co ciekawe im są oni bardziej światli oraz wybitni, tym silniejsza jest ich wiara. Ich mądrość jest Bogiem wielka. Być może nie wydarzyłoby się nic ważnego i nie odkryłbym tej prawdy, gdybym nie spotkał tych ludzi. Tę tezę ugruntowały także moje przeżycia ostatnich lat.

Człowiek otrzymał uprzywilejowane miejsce, więc ponosi większą odpowiedzialność za to, jak postępuje. To naczelne miejsce, wynikające ze stworzenia, wyróżnia nas szczególnie, dlatego miarą człowieka jest to, w jaki sposób z tego korzysta. Gdybyśmy nie byli śmiertelni i nie byli tego świadomi, to pewnie nie byłoby wiary. Z tej wiary wynika chęć czynienia dobra i życia w prawdzie. Na straży tej wiary – mojej wiary – stoi sumienie jako uzasadniona obawa przed popełnieniem czynu niegodziwego.

Co dla mnie jest najważniejsze? Najważniejsze jest to, żeby się nie rozczarować. Św. Augustyn napisał, że „wiara to ufność w istnienie czegoś, czego jeszcze nie widzisz. Nagrodą za tę ufność jest ujrzenie tego, w co wierzysz”. Mnie wiele nie potrzeba, ponieważ potrafię cieszyć z tego, co mam. Wyższość ducha nad materią nade wszystko. Prosty przepis na w miarę szczęśliwe życie; wystarczy być dobrym człowiekiem, a reszta przychodzi sama.

Co mnie interesuje? Trzy wielkie tajemnice, nieprzebrane oraz najbardziej fascynujące i zaskakujące; Słowo, które było na początku, człowiek oraz miłość. Dla człowieka, który łączy Słowo z miłością zawsze ważniejsza jest prawda i jej poznanie od tego, co posiada. Czy człowiek może pojąć tę prawdę, kiedy sam dla siebie jest tajemnicą? Z pewnością tak się stanie, gdy zrozumie, że oprócz fizyczności i świadomości, obdarowany został duchem, duszą i strukturą osobowościową, która jest układem czynników, spełniających relacje blisko siebie oraz ma ona kontakt ze światem zewnętrznym. Nasz duch jest samo pośrednictwem bycia w transcendencji i wolności. Natomiast dusza to jest bycie, które przekracza determinizm, określa transcendencję w drodze do poznania tajemnicy Boga. Determinizm to taki pogląd, który zakłada, że każde działanie ma swoją przyczynę, w związku z czym wykluczamy istnienie wolnej woli. Oznacza to, że wszystko, co odbywa się w świecie, również ludzkie działanie, jest z góry uwarunkowane, z góry wyznaczone, określone i musi się zdarzyć w myśl działania związku przyczynowo-skutkowego. Transcendencja jest terminem mającym wiele różnych, lecz spokrewnionych znaczeń m.in. istnienie na zewnątrz poza (ponad) czymś, w szczególności: istnienie przedmiotu poznania poza umysłem poznającego, bądź bytu absolutnego poza rzeczywistością poznającego. Transcendentny to inaczej wymykający się zwykłemu ludzkiemu doświadczeniu, wykraczający poza zasięg ludzkiego poznania przy pomocy podstawowych pięciu zmysłów, niepoznawalny przy użyciu dostępnych środków naukowych.

Dla ludzi, między którymi następuje rezonans struktur osobowościowych, słowa nabierają większego znaczenia. Są początkiem uczuć wyższych przyjaźni, miłości oraz relacji bezpośrednich i pośrednich. Dowodem takich relacji są spotkania i rozmowy z ludźmi, które nigdy nas nie męczą. To te z czasów, kiedy mieszkaliśmy w internacie, akademiku czy namiocie w czasie wakacji. Pośrednim dowodem takich relacji może być muzyka, książka, obraz czy rzeźba. Autor tworząc swoje dzieło oddaje samego siebie. Jeśli między jego strukturą osobowościową, którą zawarł w tym, co stworzył, a naszą następuje rezonans, to dostarczane są nam pozytywne emocje. Bywa nawet, że odnajdujemy w tym pierwiastek geniuszu, co wprawia nas w zachwyt i uwielbienie. Można również wprowadzić naszego ducha w ten niezwykły stan, kiedy robimy dobre uczynki i szlachetnie postępujemy. Ta wyjątkowa reakcja następuje dla większości z nas w relacji z Bogiem, rozumianym jako początek wszystkiego – Twórcy doskonałego, którego dzieła człowiek może przenosić w świat ludzi. Ten dar czyni człowieka najbardziej fascynującym ze wszystkich zjawisk i rzeczy.

Każdy ma takie miejsce, które mimo upływu czasu się nie zmienia, gdzie wraca po to, aby uświadomić sobie, kim dziś jest. To także najlepsze miejsce, żeby ponownie spotkać się z tym, co w naszym życiu było pierwsze. Te powroty do przeszłości nadają sens naszej przyszłości.

„Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy”
– Stefan Żeromski.

Tu wszystko się zaczęło; ciekawość świata, ludzi i miłość do przyrody. Tu zrodziła się moja wiara, pokora wobec innych, pokora wobec świata i jego potęgi oraz to, że tylko szczerość jest fundamentem przyjaźni – także najlepszym jej wyznacznikiem. I wreszcie z tego miejsca mam teraz w głowie pełno symboli, ludzkich twarzy, leśnych zakamarków, wąwozów, polnych ścieżek oraz dziecięcych wyobrażeń i marzeń o tym, jak być szczęśliwym człowiekiem. Będąc małym chłopcem, chociaż czasami mama wrażenie, że ciągle nim jestem, odwiedzałam sąsiadów i śpiewałem piosenki, zwłaszcza jedną:

„Chodził kiedyś kataryniarz
Nosił na plecach słowików chór
I papugę ze złotym dziobem
I pierścionków sznur

Złoty pierścionek, złoty
Pierścionek na szczęście
Z niebieskim oczkiem,
Z błękitnym niebem na szczęście
Złoty taki miedziany dziecinny
Za ten pierścionek oddałbym dziś sto innych”.

W nagrodę otrzymywałem cukierki, a z czasem wszyscy mówili na mnie „kataryniarz”. Przebywając w domach moich rówieśników, w każdym z nich, widziałem nad łózkami ich babć i dziadków kopię obrazu „Ostatnia wieczerza” Leonarda Da Vinci. Już wówczas zastanawiał mnie fenomen tego obrazu, zwłaszcza że nikt – łącznie ze mną – nie wiedział wtedy, kto jest jego autorem. Te kopie szczególnej wieczerzy, to pewna alegoria codziennego życia, wspólnego wieczornego posiłku po ciężkiej pracy w polu, wdzięczności za dary z nadzieją na trwanie we wspólnocie. Jedzenie z jednej miski, chociaż w domach były zastawy, których używało się tylko od święta lub przy ważnych uroczystościach, to najlepsza droga do budowania więzi oraz wzajemnej miłości i szacunku. O takim życiu opowiadały mi też moje babcie i moi dziadkowie. Ci ludzie nie kształcili się, a całą mądrość czerpali z obserwacji przyrody i naturalnego porządku ustanowionego przez Stwórcę. Monotonne życie – określone porami roku – czasem siewu, żniw i wykopków. Zycie skromne i pracowite, a nawet czasami bardzo biedne, stanowiło najpiękniejszą oraz najprawdziwszą formę codziennej modlitwy, było zaplanowanym ciągiem zdarzeń, na który człowiek nie miał większego wpływu. Wtedy wszystko było podporządkowane determinizmowi, dlatego nikt nie próbowali stawiać się ponad Stwórcę. Z pokorą przyjmowano to, co przynosiło życie. Tej prawdy i tego porządku nie można poznać bez wiary, skąd one pochodzą.

Były także w moim dzieciństwie inne historie i przeżycia. Spotykając ludzi, przeczuwałem, iż wkrótce z niektórym z nich stanie się coś złego, łącznie z najgorszym tj. ze śmiercią. Widziałem to w ich twarzach. Moje przeczucia często się sprawdzały. Ostatecznie zacząłem się obwiniać, że skoro tak się dzieje, to zapewne przez moje myśli. Dopiero w dorosły życiu znalazłem odpowiedź. Z punktu widzenia psychologii moje przeczucia brały się z silnej inteligencji emocjonalnej. Natomiast z poziomu filozofii wiary, a więc poznania ponad ludzkimi zmysłami, był to rezonans struktur osobowościowych, które spełniały relacje blisko siebie. Te doświadczenia bardzo mocno wpłynęły na to, jak dziś postrzegam drugiego człowieka oraz na moją wrażliwość i wartości. „Nie patrzcie na twarze w pismach kolorowych. Patrzcie na twarze na ulicy. Spójrzcie, ile jest mocnych, łagodnych rysów, w których uwydatniają się uczciwość i ciężka praca, ile jest twarzy o smutnych oczach i ustach skłonnych do uśmiechu …” – Gilbert Keith Chesterton.

Wielkim symbolem mojego „ukochanego miejsca z dzieciństwa” – ojcowizny i ojczyzny mojej duszy – jest przydrożna kapliczka ze św. Janem Chrzcicielem, która towarzyszyła mi przez całą młodość. Widziałem ją, kiedy codziennie wychodziłem do szkoły, gdy bawiłem się z kolegami w wojnę pod mostem, latając z wystruganymi z drewna karabinami, albo idąc z wędką na ryby. Stała tam, a przechodzący obok niej ludzie, żegnali się, zdejmowali nakrycia głowy i nisko się jej kłaniali, wierząc, że poprzez takie gesty nie opuści ich tego dnia szczęście i radość. Zwykłe gesty zwykłych ludzi, proszących św. Jana o pomyślność. Przez dziesiątki lat ludzie pozostawiali tej figurze swoje prośby, smutki oraz rozterki. Zwierzali się jej, aby otrzymać pocieszenie w chorobie czy niedostatkach dnia codziennego. Ten zwykły kawałek drewna stał się ich powiernikiem, któremu mówiono o naszych, ludzkich słabościach.

Historia tej figury jest podobna do historii ludzi i ich powrotów do miejsc, skąd wyruszyli w wędrówkę. Przed wojną, a także wiele lat po jej zakończeniu, kondukty żałobne zatrzymywały się przy tej kapliczce z figurą świętego. Prowadzący ceremonię pogrzebową przepraszał w imieniu zmarłego za to, że tej figurze mógł czasami się nie kłaniać lub nie okazywał szacunku jej oraz swoim sąsiadom i najbliższym. Osoba, która nazywana była „śpiewakiem”, śpiewała specjalną pieśń przy każdej kapliczce w drodze do kościoła. Moja Mama do tej pory pamięta jej słowa:

Już idę do grobu
Ciemnego, smutnego
Tam będę spoczywał
Aż do dnia sądnego

Już idę do grobu
Nic nie biorę z sobą
Tylko cztery deski pokryte żałobą

Tylko cztery deski
I sześć łokci szaty
To cała przysługa
Z mizernego świata

Prośba o przebaczenie jako najpiękniejsza i ostateczna forma zadośćuczynienia. Dziś oto jest bardzo trudno, ponieważ umieramy w samotności. Jestem pewny, że ci, którzy przestają się śmierci bać, wiedzą, kiedy to nastąpi. Dlatego w ostatnich godzinach potrzebują pojednania z tymi, z którymi byli skłóceni lub sprawili im jakąś przykrość, a do tej pory nie mieli odwagi się do tego przyznać. Przebaczenie i pojednanie, przytrzymanie oraz uścisk dłoni z prośbą o wybaczenie, to wyjątkowy gest, który kiedyś naprawiał ludzkie ułomności, odzierał z gniewu oraz pychy. Św. Jan twierdził, że człowiek u kresu swoich dni powinien być rozliczany z dobrych uczynków, a nie z grzechów. Wówczas w wierzeniach oraz kultywowanych tradycjach było mocno zakorzenione przekonanie, że dusze ludzi, którzy w swoim życiu nigdy nie zaznali miłości tj. nie poznali tajemnicy Boga, wędrowały w dzień zaduszny w jej poszukiwaniu. Tego dnia nie wolno było wieczorem wychodzić z domów czy odwiedzać się towarzysko, aby nie spotkać tych zagubionych dusz. Nie zamykano również kościołów, by mogły one znaleźć spokój w modlitwie.

Ten uduchowiony kawałek drewna, nasiąknięty ludzkimi nadziejami i prośbami został mocno poturbowany, jak zresztą większość z nas. Najpierw ogień świeczki, którą wstawiła sąsiadka między ręce, trzymające krucyfiks, wypalił głęboki dół w okolicach serca oraz szyi. Później przyszła wielka powódź i wezbrana woda zabrała św. Jana z kapliczki. Nikt nie mógł pogodzić się z jej brakiem. Nową figurę ufundował pan Wit Wasilkowski. Tak jak człowiek odnajduje się wracając do punktu wyjścia, do ojczyzny swojej duszy, tak również powróciła figura św. Jana. Została odnaleziona wiele kilometrów od kapliczki, w której stała. Leżała gdzieś w krzakach, cała w błocie i mule, zostawiła ją tam opadająca woda. Jej miejsce zajęła nowa figura. Konserwator wojewódzki uznał, że zgodnie z prawem, „stary” św. Jan należy teraz do tego, kto jest właścicielem działki. Ponieważ jej „ojczyzną” była moja ojcowizna, to św. Jan jest dziś ze mną, a ja opisuję jego dzieje oraz to wszystko, czego był świadkiem, z czym zwracali się do niego moi sąsiedzi i bliscy.

Powroty do „ulubionych miejsc w dzieciństwie biorą się z tęsknoty. Historia brata mojej babci jest kolejnym dowodem, że wiara oraz miłość do ukochanej „ojczyzną duszy” pozwala przetrwać wszystkie przeciwności. Odbywał służbę wojskową, kiedy wybuchła wojna. Wraz z kolegami wyrwał się z rąk wojsk radzieckich i niemieckich, by przedostać się do państw ościennych. Ostatecznie przez Kanał La Manche dotarł do Anglii. Zanim się tu znalazł, ukrywał się przez wiele miesięcy, przymierając głodem, zawszony i zarośnięty z brodą do pasa. Dopiero wiosną 1940 roku zdjął z siebie pierwszy raz cuchnące ubrania, aby nad ogniskiem wytrzepać z nich wszy. Żeby przeżyć zimę, kopał w śniegu tunel do namiotu, do którego wieczorem przywożony był chleb dla tych, którzy uciekali przed śmiercią. Po zakończeniu działań wojennych popłynął do Kanady, a stamtąd do Nowego Jorku. Początki były bardzo ciężkie, ponieważ nie znał języka i komunikował się na migi. Los sprawił, że spotkał dobrych ludzi, którzy znaleźli mu intratną pracę w zakładach zbrojeniowych. Potem poznał kobietę swojego życia i tak zaczął spełniać się jego sen o Ameryce. Z Babcią skontaktował się przez Czerwony Krzyż, gdy już wszyscy stracili nadzieję, że w ogóle przeżył wojenną gehennę. W zimowe wieczory cała rodzina zasiadała, aby pisać do niego listy o wielkiej tęsknocie i o tym, że tu w Polsce wszyscy się za niego modlą. Bóg daje nadzieję. „Bóg moją miłością” – modlitewnik z 1926 roku, który dziadek przekazał mojej mamie, gdy już nie mógł czytać. Zniszczone kartki tego modlitewnika świadczą o tym, że modlitwa przynosi radość oraz pocieszenie w ludzkich sercach. Pierwszy raz odwiedził babcię w 1963 roku. Nigdy o „ojczyźnie swojej duszy” nie zapomniał. Wrócił po wielu latach, ponieważ żył tą wielką nadzieją, że jeszcze przyjdzie taki dzień, kiedy spotka się z najbliższymi. Do dziś pamiętam niezwykły zapach kolorowych mydełek, które Mama wkładała między ubrania i pościel w szafie. Czy niezapomniany smak herbatników pakowanych do blaszanych pojemników, które przysyłał nam w latach 60 i 70 ubiegłego wieku. Później w tych pojemnikach po ciastkach, Mama z Babcią, trzymały swoje przybory do szycia; igły, nici, mulinę, szydełka i kolorowe guziki. Zawsze z wielkim wzruszeniem słucham tych niezwykłych opowieści o ludzkich losach, pełnych tragedii, wzlotów oraz wielkich świadectw miłości do Boga i bliźnich.

Słowo, człowiek oraz miłość jako największe wartość i zarazem wielkie tajemnice, które winniśmy nieustannie zgłębiać, chociaż często wydaje się, że do niczego to nie prowadzi. Ci, którzy podejmują się tego wyzwania, odnajdują swoją drogę, poznają prawdę o samym sobie. To właśnie dzięki temu możemy zrozumieć, dlaczego w naszym życiu pojawiają się inni ludzie, których obdarowujemy miłością. Czy ta szczególna więź jest możliwa do poznania, gdy posługujemy się jedynie naszymi zmysłami? Zdecydowanie większy wymiar ma miłość, kiedy jej emanacją jest Bóg. Gdy On jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. Życie ma znaczenia tylko wtedy, kiedy myślimy o innych. Modlitwa ma znaczenie, kiedy modlimy się za innych. Z tego poświęcenia i tej modlitwy rodzi się miłość, która jest dla człowieka zbawieniem.

Przemijanie: „Myśl o przemijaniu wszelkich ziemskich spraw jest źródłem nieskończonych cierpień i niekończonych pocieszeń”. Słowo oraz Miłość jako jedność, do której dąży nasza dusza, pozbawione są funkcji czasu. Nigdy nie przemijają i są trwałe. Nie można ich określić żadną miarą i stanowią one istotę wszystkiego. Chociaż w doczesności nigdy nie zgłębimy tej wielkiej tajemnicy, to jedynie z drugim człowiekiem, z którym utrzymujemy relacje na wielu poziomach – w prawdzie i wzajemnym szacunku – możemy zbliżyć się do jej poznania. Po to właśnie Bóg stawia na naszej drodze innych ludzi. Zaprasza nas w ten sposób do zgłębienia tajemnicy miłości – także Jego samego. Tę tajemnicę można zrozumieć pod warunkiem, że będziemy nią obdarowywać innych bezwarunkowo. Do tego potrzeba odwagi, doświadczenia oraz mądrości życiowej, które pozbawiają nas lęku przed narażeniem na ostracyzm i alienację. Człowiek, który wierzy oraz poświęca się dla innych, gdy to poświęcenie jest fundamentem wiary, zawsze otrzymuje łaskę miłości i nigdy przez to nie cierpi samotności.

Miłość jest synonimem naszej wolności, ponieważ tylko wolny człowiek może ją odnaleźć. Bez niej gubimy się w się w świecie wartości. Przez to ulegamy pokusie wygodnego życia i obojętności wobec innych. Taka iluzja szczęścia zupełnie nie chroni przed chwilami słabości, upadkiem oraz przed zwątpieniem. Okazuje się, że wtedy najbardziej potrzebujemy drugiego człowieka, jego miłości i przyjaźni po to, aby samemu być szczęśliwym. Miłość do niewidzialnego Boga ma sens, kiedy potrafimy pokochać drugiego człowieka, który jest przy nas. Jeśli godnie postępowaliśmy, to prędzej czy później, takie wparcie otrzymujemy. Cierpliwość i wytrwałość są tu niezbędne do otrzymania tej nagrody. Toteż bycie dobrym człowiekiem jest wielkim wyzwaniem.

„Miłość – caritas – zawsze będzie konieczna… . Kto usiłuje uwolnić się od miłości, będzie gotowy uwolnić się od człowieka jako człowieka. Zawsze będzie istniało cierpienie, które potrzebuje pocieszenia i pomocy. Zawsze będzie samotność. Zawsze będą sytuacje materialnej potrzeby, w których konieczna jest pomoc w duchu konkretnej miłości bliźniego. Bez prawdy miłość staje się sentymentalizmem. Miłość staje się pustym słowem, które można dowolnie pojmować. Na tym polega nieuchronne ryzyko, na jakie wystawiona jest miłość w kulturze bez prawdy. Pada ona łupem emocji oraz przejściowych opinii jednostek, staje się słowem nadużywanym i nabiera przeciwstawnego znaczenia. Cierpliwość jest codzienną formą miłości”
– Benedykt XVI, Papież słowa.

Współczesny świat opiera sią na powszechnym zakłamaniu, w którym zło stało się atrakcyjniejsze od dobra. Konsekwencją tego jest kryzys słowa, miłości oraz coraz większy kryzys wartości. Ludzie jedynie do siebie mówią, a prawdziwą cnotą jest dziś umiejętność i kultura słuchania. Samotność, szczególnie ta duchowa, to już poniekąd norma, a najbliżsi sobie ludzie żyją obok siebie, zupełnie podzieleni. Miłość czy przyjaźń zredukowała się do poziomu egoizmów i oczekiwań.

Oprócz ojczyzny duszy, gdzie czasami się wraca, aby pokrzepić serce, każdy ma swoją życiową drogę do przebycia. Nie wiem, jak pojmują to wszystko inni, ale moja droga zaczęła się od „Słowa” i na „Słowie” się skończy. Reszta to nieuchronne przemijanie. Można by pójść za radą; „aby zostać zapamiętanym, trzeba pisać rzeczy warte czytania, albo czynić rzeczy warte napisania”. Ta droga jest ciągle otwarta, a więc wszystko przede mną i przed Wami również.

Tu kilka moich malarskich uniesień.

Podziel się tym z innymi...

5 komentarzy

  1. Janusz

    Darku – czytałem w pełnym skupieniu przez 30 minut. Powaliłeś mnie swoimi głębokimi przemyśleniami, które są także bliskie memu sercu i duszy.

  2. Dorota

    Najpiękniejsza opowieść, jaką w życiu przeczytałam – liczę na cd. 🙂

  3. Stenia

    Pięknie opisana opowieść… pobudza do refleksji…

  4. Paulina Basia Perczak

    Przeczytałam całość z uwagą i wzruszeniem. W lekturze robiłam kilka przerw, tak jakbym chciała, żeby treść wpisu zakorzeniła się we mnie na zawsze. Zdarzał się też i wstyd z powodu własnych stereotypowych zachowań, których istnienie uświadomiłam sobie dopiero w trakcie czytania. Pojawił się także uśmiech oraz wdzięczność, za wskazanie w życiu tego, co ważne.
    Będę tu wracać za każdym razem, kiedy moja nowo wydeptana ścieżka zacznie zarastać chwastami…

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook