Na skrzydłach wolności…

„Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, jeszcze trudniej umrzeć, a najtrudniej cierpieć” – to napis wyryty przez torturowanego więźnia na ścianie katowni przy alei Szucha. Coś podpowiada mi, że autorem tych słów może być ten wyjątkowy człowiek, który przez ostatnie dni swojego życia był w tym miejscu więziony i okrutnie bity przez Niemców. A nawet gdyby moje przypuszczenia były dalekie od prawdy, to ta myśl idealnie oddaje losy tej postaci. Jego niebywale dokonania, odwaga i spryt w planowaniu działań polskiego ruchu oporu, a także szczególne zasługi dla Polski, stawiają go na I miejscu wśród największych bohaterów II wojny światowej.

Antoni Kocjan, bo o nim będzie ten felieton, był bardzo skromnym i wyjątkowo szlachetnym człowiekiem. Był również genialnym konstruktorem lotniczym szybowców, pilotem oraz kierowcą rajdowym. Po wybuchu wojny został żołnierzem Armii Krajowej i asem polskiego wywiadu. Pierwsze żołnierskie szlify zdobył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Miał wówczas 18 lat.

O tym, jak zdolnym był człowiekiem najlepiej świadczy to, że w niespełna dekadę, skonstruował kilkanaście znakomitych szybowców, które na trwałe zapisały się w historii światowego lotnictwa. Pierwszym z nich był szybowiec szkolny „Wrona”, następnie szybowiec treningowo-wyczynowy „Komar” oraz ich trzy ulepszone wersje: „Czajka-bis”, „Wrona-bis” i „Komar-bis”. W 1934 roku opracował szybowiec treningowy „Sroka”, a rok później szybowiec akrobacyjny „Sokół” oraz dwumiejscowy szybowiec wyczynowy „Mewa”. W 1937 roku zaprojektował motoszybowiec „Bąk” oraz stworzył jednomiejscowy wyczynowy szybowiec „Orlik”. To najbardziej znana konstrukcja Antoniego Kocjana. Ogólnie wszystkie szybowce Kocjana ustanowiły ponad 40 krajowych i międzynarodowych rekordów, w tym światowy rekord wysokości 9600 m, który pobił w 1949 roku amerykański szybownik Paul McCready na szybowcu „Orlik 2”.
Należy również dodać, że najwięksi i najznakomitsi polscy piloci, którzy walczyli w bitwie o Anglię, rozpoczynali swoją przygodę z lataniem na szybowcach Kocjana. Wśród nich był m.in. gen. Stanisław Skalski.

W pierwszych dniach wojny Elżbieta (z domu Zanussi, ciotka Krzysztofa Zanussiego, polskiego reżysera filmowego) i Antoni Kocjanowie ewakuowali się z oblężonej Warszawy do Lublina. Tu Kocjan podjął pracę w lotniczych warsztatach remontowych. Na początku październiku 1939 roku został raniony odłamkiem bomby podczas niemieckiego nalotu na te warsztaty. Kontuzjowany wrócił z żoną z powrotem do Warszawy. Po kapitulacji włączył się w struktury Związku Walki Zbrojnej, następnie Armii Krajowej i tajnej organizacji wywiadowczej „Muszkieterzy”.

19 września 1940 roku zostaje zatrzymany w łapance na jednej z warszawskich ulic i wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz, gdzie otrzymuje nr 4267. Mało kto wie, że to Antoni Kocjan z obozowym komandem ślusarzy, wykonał na polecenie esesmanów przerażający napis ARBEIT MACHT FREI, który jest obecnie najbardziej rozpoznawalnym symbolem niemieckiego ludobójstwa. Z KL Auschwitz wyciąga Kocjana niemiecka firma, która prowadzi działalność na terenie okupowanej Warszawy. Dzięki temu Antoni Kocjan organizuje konspiracyjną produkcję broni dla Armii Krajowej, a na podstawie fałszywych dokumentów, zamawia w niemieckich warsztatach zbrojeniowych części do jej wytwarzania.
W podziemiach jego warsztatów szybowcowych (w rejonie skrzyżowania ul. Wawelskiej i al. Niepodległości) organizuje drukarnię W-4 Tajnych Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Ta drukarnia zostaje zdekonspirowana przez Niemców 1 czerwca 1944 roku.
Jednak najbardziej spektakularnym sukcesem wywiadu lotniczego, którym kierował Antoni Kocjan, był udział w zbombardowaniu tajnej niemieckiej bazy rakietowej Peenemunde oraz rozpracowanie wywiadowcze pocisków rakietowych V-2. Części rakiety V-2, która spadła w okolicach miejscowości Sarnak nad Bugiem oraz ich analizy poparte rysunkami technicznymi Kocjana, zostały dostarczone do Londynu w ramach operacji „Most III”. Od tej pory mówiono o Antonim Kocjanie, że jest „człowiekiem, który zatrzymał rakiety V2”.

Antoni Kocjan i jego żona Elżbieta zostają aresztowani następnego dnia po odkryciu drukarni w podziemiach warsztatów szybowcowych. Na początku Niemcy nic na niego nie mieli. Zdradza go jedna z zatrzymanych przez Gestapo łączniczek, by ratować własne życie. Przez kolejne dni jest niemiłosiernie torturowany w katowni przy al. Szucha 25., lecz mimo tego nikogo nie wydaje. Ostatecznie zostaje rozstrzelany 13 sierpnia 1944 roku, dzień po swoich 42 urodzinach, w ostatniej grupie czterdziestu więźniów Pawiaka. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Na zakończenie, w dużej mierze z osobistych względów, przypomnę, że Antoni Kocjan był przez kilka lat pracownikiem Poczty Polskiej. Tu też poznał miłość swojego życia.
To właśnie polscy Pocztowcy stawali jako pierwsi opór niemieckiej agresji za co zostali zamordowani, tak jak bohater tego felietonu. Zabito ich przy próbie poddania placówki. Dyrektora Poczty w Gdańsku dr. Jana Michonia zastrzelono, mimo że trzymał on w dłoni białą flagę. Podążającego za nim naczelnika urzędu Jana Wąsika spalono żywcem miotaczami ognia. Podczas tych aktów bestialstwa, wobec bezbronnych ludzi, słychać było wycie niemieckich żołnierzy: „To są polskie psy! Niech sczezną!”

Dlatego dziś naszym obowiązkiem jest pamiętać o ich poświęceniu, oraz o ich niezwykłych czynach, których dokonali dla Polski.

Zapraszam do obejrzenia filmu. Opowiada Krzysztof Zanussi.